Wariacki wyjazd na lody do Chełmna uważam za w pełni udany i zrealizowany w 100% - tak pod względem zamówionego słońca, ekipy, smaku i wielkości porcji lodów, braku awarii, mnóstwa czasu na rowerowe pogaduszki i powrotu dokładnie co do minuty. Znaczy - dokładnie co do ostatniej, planowanej minuty. Dzięki temu wszyscy zdążyli na niedzielny obiad
Znaleźli czas i chęć:

Monika od Matołka

Matołek od Moniki

Mały od siebie

Marek od siebie

ja od siebie.
Do Mniszka towarzyszył nam jeszcze, przez kilka minut, Kuba, ale nie utrzymał koła i zdecydował się jechać swoim tempem, przy którym nie będzie musiał wypruwać żył i jechać na ostatnim dechu. Dlatego dalej ruszył sam swoim ślimaczym tempem, tak ledwie trzydziestkę na godzinę.
My zaś, zaprawieni w rowerowej jeździe, pomknęliśmy przez Gogolin do Chełmna z nieosiągalną dla wielu prędkością dwa-trzy kilosy ponad dwadzieścia na godzinę. Pogoda piękna, wiatr niezbyt upierdliwy, ruch mały, znajomi do rozmowy obok... czegóż chcieć więcej? (w tym retorycznym pytaniu nie uwzględniam Matołka ze względu na jego specyficzne upodobania rowerowe

)
Lody na rynku w Chełmnie jak zwykle smaczne. Mało bym się naciął, gdyż poprosiłem o podwójną porcję czekoladowych "świderków". Sprzedawczyni spojrzała na mnie dziwnie i zaproponowała, że może wpierw wezmę ledwie "dużą porcję", a potem ewentualnie drugą. Dałem się przekonać, chociaż nie lubię zbyt małych (zwanych czasem dużymi) porcji. Dobrze, że się dałem... w wafelku był tak wysoki świderek, że ekwilibrystycznie musiałem go pionowo trzymać i zlizywać, aby się nie złamał i pozbawił dłuższego rozkoszowania się jego smakiem. Uff...
Rozsmakowani i zasmakowani lodami wróciliśmy spokojnie do domu przez Podwiesk. Pod koniec, jak zwykle, Matołek próbował marudzić o zmianie trasy, aby skręcić na Rozgarty i kawałek przejechać wałem wiślanym, na co nie byłem niechętny (niech ma trochę radochy), ale w kolejności zaczął marudzić Mały. Weź tu dogódź wszystkim! Zdecydowanie, jako kierownik, wkroczyłem w rozwijającą się dyskusję - spojrzałem na czas, wyliczyłem, że zdążymy na g.15:30 i wskazałem - kierunek wał wiślany! Każdemu po trochu!
Jak to u mnie, dokładnie co do minuty byłem w domu i mogłem siąść do w pełni zasłużonego obiadku, jako i inni, jak mniemam