Opowieści Timona

Więc jak to jest żyć swoim snem...?

?Więc jak to jest żyć swoim snem...??

            Mam wrażenie, że żyję w czasach, w których łatwo jest zabłądzić i zgubić samego siebie.
Wszystko wydaje się w zasięgu ręki, o ile smartphone nie leży za daleko. To, co dzisiaj podnieca ludzi jest dla mnie nie do pojęcia. Inną rzeczą jest to, że chyba w ogóle podnieca nas coraz mniej. Prawa ekonomii opisują dzisiejszy świat lepiej niż fizyki. Im czegoś więcej, tym mniej jest warte i dokładnie to się dzisiaj dzieje. Zauważyłem, że nie cieszą mnie niekiedy nowe filmy na pinkbike.com i zaniepokojony przypomniałem sobie nie tak odległe czasy, w których takich filmów szukałem. ?Szukałem? jest słowem kluczem. Niespełna dziesięć krótkich nagrań w jednym folderze, które cieszyły tygodniami, a nawet miesiącami. I to nie jest nic złego, że mamy teraz całe dyski zapełnione takimi filmami, złe jest to, że żaden tak naprawdę nie zapisuje się w pamięci tak silnie, jak te pierwsze ?znalezione?. Oczywiście są wyjątki, bo chwała na wysokości, raz na bardzo długi czas powstaje dzieło, jak ?Life Cycles?.

            Mógłbym godziny tracić na próby opisania Wam mojego bałaganu w głowie. Tego, jak to nie zgadzam się na przejadanie swojego życia obserwując życie innych, albo tego, jaki to żal do siebie żywię za porównywanie mojej osoby do najlepszych na świcie, co daje mi tylko poczucie, że jestem do dupy. Więc pora przypomnieć sobie, w czym nie jestem do dupy ? nie jestem do dupy w uświadamianiu sobie rzeczy i kiedy otworzę już oczy i spojrzę dalej i ponad, wtedy widzę coś, co bardzo mi się podoba. Widzę siebie w miejscu zwanym ?tu i teraz?. Widzę moje życie.

            Jest na tej wyspie taka góra... Pantokrator się nazywa i przez wiele tygodni owiana była mitem. Widać ją z pokładu mojego jachtu. Wspina się na ponad dziewięćset metrów, jej szczyt z czerwoną anteną wystaje ponad góry wzrastające z morza. Wiele tygodni temu prawie ją zdobyłem przez czysty przypadek. Wybrałem niefortunną drogę, która okazała się być tą trudniejszą trasą na szczyt, w dniu, w którym zwodowaliśmy motorówkę, żeby dopłynąć z rowerami na brzeg, bym mógł pokazać jednemu z gości na pokładzie piękno ?głębi wyspy?. Zapewnienia o formie mojego podopiecznego rozwiały się dość szybko, kiedy widziałem jak słabnie na - trzeba to uczciwie zaznaczyć - bardzo, bardzo, bardzo stromej serpentynie. Wspinaliśmy się jak Baranki Boże, on na górskim e-biku, który najwidoczniej nie był wstanie go wystarczająco wspomóc, ja na szosówce ? po górskiej drodze uklepanej z luźnych kamieni. Moja przyczepność stała się zerowa, a igła jego energii leżała na podłodze, więc kiedy troszkę jadąc i sporo pchając dotarliśmy do asfaltowej drogi, ostatniego odcinka na szczyt, mając jedynie siedemnaście metrów w pionie do pokonania ? zdecydowaliśmy zjechać asfaltem na dół i odnaleźć trasę do miejsca, z którego nas zabiorą na pokład. No cóż, niektórzy odpuszczali szczyt Everestu, żeby przeżyć, więc...

Czytaj więcej: Więc jak to jest żyć swoim snem...?

Zaloguj się aby skomentować
Dodaj komentarz na Forum ( już dodano 3 ).

What's up_!

What's up_!

            Dwa dni temu zrobiłem swoją pierwszą "stówę" w tym roku. Zawsze kryło się w tym więcej, niż z zewnątrz widać. Ta "stówa" to wspomnienia wyjazdów z moim tatą, wyjazdów na rowerową przygodę, która tak - miała się odbyć na stu kilometrach trasy. Było w tym coś ekstra. Pobudka wcześnie rano, śniadanie, pakowanie plecaków, potem rowerów do pociągu. Także przygoda pełną gębą, zwłaszcza, że z tatą nigdy nie było tak, że była trasa i trzeba ją było bez sensu przelecieć do domu.
Z docelowej stacji kolejowej jechaliśmy na rynek, gdzie szamaliśmy pączki popijając wysokokaloryczną, super elo pro Coca Colą. Jechaliśmy zobaczyć coś konkretnego, czasem kogoś odwiedzić, kogoś, kogo widuje się może raz w roku. Także przygoda pełną gębą...

Pamiętam, jak narwany kiedyś byłem, gdy chodziło o rower i wszystko, co z nim związane. Żyłem z chorobą znaną każdemu, kto wchłoną najprawdziwszą pasję, chorobą, której objawami jest poczucie, że nikt nie czuje jej tak mocno, jak ja. Nikt nie wie lepiej ode mnie, jak to jest być zakochanym w trasie, w swoim sprzęcie, no i niestety, choroba ta powoduje, że czasem brzmi się arogancko. 
Z perspektywy czasu wiem też, jakie głupoty się wtedy opowiada, co jakiś czas. Całe szczęście to mija. Bo każda pasja, która trwa wystarczająco długo, przechodzi przez fazy. Najpierw jest się tym napalonym na wszystko, ślepo zakochanym, potem zakochanym z konkretnych powodów, później zdobywa się wiedzę i jeszcze więcej wiedzy, z czasem uczy się ją wykorzystywać. 
Pasja staje się dojrzała w chwili, w której zaczynamy ją rozumieć. Tak mi się przynajmniej wydaje. Kiedy zamiast rzucać mięchem po usyfionej smarem kuchni, bo coś "nie działa, a przecież wiem, jak to naprawić", podnosicie słuchawkę. Do serwisu. Bo wiecie, co kryje się za waszym rowerem. Jakie procesy i działania napędzają cały ten rowerowy biznes, który pojęliście i chcecie być częścią. 

I tak jechałem zdobiąc wyświetlacz kolejnymi kilometrami i myślałem o sobie w tym wszystkim.
Przypomniałem sobie skąd w ogóle wziął się rower i dałem się tej myśli zabrać stamtąd, aż do tej konkretnej chwili, w której siedziałem w siodle wymarzonego roweru i jechałem przed siebie.
Zarysował mi się kształt koła, które wydaje mi się, zamknęło się. 
Żeglarstwo morskie dało mi poznać co to jest pasja. Jak to jest mieć to uczucie. Uczucie tak wyśmienite, że wymogło poszukiwania czegoś, co podtrzyma ten rausz przez cały rok. 
Rower w jakiś naturalny sposób wskoczył w to wolne miejsce. Mam to szczęście, że obie pasje dorastały razem, uzupełniały się i zabierały mnie dalej. Zadbały o to, żeby mój "lifestyle" był taki a nie inny, co zaprowadziło mnie pod drzwi ludzi, których teraz nazywam przyjaciółmi, a jedną szczególną osobę: narzeczoną.
Żeglarstwo zaczęło być pracą na lato, dzięki czemu mogłem wymienić zabitego BMXa na nowiutkiego NSa, moją zgrabną Dirtówkę-Wróżkę, która zapewnia mi sporo frajdy do dziś. 
Trasy wyścigów XC i maratonów napisały rozdział mojego życia, do którego wracam, jak do ulubionego fragmentu książki. I zostawiły po sobie łydę, która wciąż jest coś warta.
A dziś? Dziś pływam sobie. Wiele rzeczy jest innych. Na moich oczach odeszła wyścigowa rama i przyszedł na świat rower z tych Naprawdę Marzeń.
Jakoś tak wciąż mi nie przeszło, więc kiedy pojawiła się przyczyna by pojechać do Koblencji po jeszcze jeden, nie myślałem długo. Zabrałem moją szarą śmigłą maszynę z miejsca, które jest jak muzeum sztuki współczesnej. I w tej właśnie chwili miałem ją pod sobą na wspaniałej trasie z widokiem na morze i pasmo Velebitu ze śniegiem na wysokich szczytach. Bajka...
Koło się zamknęło. Żagle dały mi rower, rower podtrzymał ogień, żagle dały mi pracę i rower, rower zapewnia mi odprężenie, żebym miał siłę na kolejne lata... Żeglugi.

Parędziesiąt kilometrów dalej pojawiła się nowa myśl. 
Rower stał się deserem. Muszę sobie na niego zasłużyć. Muszę zjeść czasem naprawdę niedobrą zupę, która już wystygła, tak niedobra jest, ale bez tego nie mogę dostać tego, na co każde dziecko czeka. I wierzę, że wiele z Was ma tak samo. Że pięć, sześć dni obowiązków trzeba zamknąć za sobą, by w ten jeden idealny dzień wyrwać się i zrobić to, po co naprawdę chce się żyć.
Mam nadzieję, że takich deserów macie tak dużo, jak to tylko możliwe. Bo wiecie co?
Moja karteczka, taka mała ściąga z oznaczeniem numerów dróg i nazwami miejscowości ze skrzyżowaniami, miała zapisany taki oto ciąg, z góry na dół:

502 Karin G.
(w lewo)
Novigrad
Posedarie 106
(w lewo)
jakoś do Policnik
Skabrnja
Sukosan
Piwo!

I tak też było. Znalazłem obiecującą trasę do Policnika, dotarłem do kolejnej miejscowości i kiedy byłem już blisko Sukosanu pomyślałem, że póki co przeżywam idealny dzień, więc warto byłoby, żeby zakończyć go w przyjemny sposób. Butelka piwa, wyciągnięte nogi i mama w słuchawkach telefonu - czy towarzystwo mogłoby być lepsze?

Wiecie co? Tamtej idealnej niedzieli przejechałem 105 kilometrów w cztery godziny.
Cztery godziny pięknych widoków, ciekawych myśli, wspaniałych wspomnień i czasu naprawdę tylko do mnie.
Właśnie taką myśl przekazują niektóre filmy rowerowe, jakie można oglądać w Internecie. Realizując scenariusz napisany przez nas samych, można pokusić się o stwierdzenie, że nasze życie jest bliskie ideału. 

Karmcie swoje pasje, niech rosną zdrowe!

Jacor.

Zaloguj się aby skomentować
Dodaj komentarz na Forum ( już dodano 1 ).

Bratysława. Bo nasi słowaccy sąsiedzi mają lepsze piwo

BRATYSŁAWA. BO NASI SŁOWACCY SĄSIEDZI MAJĄ LEPSZE PIWO.

            O wyjeździe do stolicy Słowacji myślałem od pierwszej chwili, kiedy spojrzałem na mapę. Jak sporo inspiracji, ta również zaczęła się niewinnie ? chcąc zobaczyć, jakie potencjalne cele mam w zasięgu, wszedłem na Google Maps. Bratysława była idealnym pomysłem na weekend, nie dość, że w realnym dystansie, to jeszcze miała to ?coś?. To w końcu nie jest jakieś tam miasto, ale stolica sąsiedniego kraju. Ciąg dalszy pomysłu skonstruowałem czerpiąc inspirację z wypadu ?Na pizzę do Chełmna?, opisanego na Grudziądzkiej Stronie Rowerowej. Bo pomysł zacny!

Pomysł na ten wyjazd zakotwiczył na stałe, ale nie określił terminu, więc tak sobie był i był, a ja w międzyczasie zdążyłem się zorientować, że tuż pod nosem mam niezwykłą trasę rowerową: Euro Velo 6. Trasa ta jest naprawdę niezwykła gdyż jej początek stanowi atlantyckie wybrzeże Saint Nazaire, pokonuje aż 10 krajów, by po 3.653 kilometrach zakończyć swój bieg w Rumuńskiej Konstancie, nad Morzem Czarnym. Mając tuż pod nosem taki łakomy kawałek tortu, nie było mowy, bym się na niego nie skusił. Był jeszcze jeden element idealnie wpisujący się w zarys wycieczki ? mój nowy rower!

Czytaj więcej: Bratysława. Bo nasi słowaccy sąsiedzi mają lepsze piwo

Zaloguj się aby skomentować
Dodaj komentarz na Forum ( już dodano 5 ).

Jak Jan III Sobieski wynalazł KH -> Koń Hill

Jak Jan III Sobieski wynalazł KH -> Koń Hill.

Byłem dziś "zdobyć" Kahlenberg, słynne wzgórze, z którego dwudziesty piąty Król Polski obserwował, jak jego armii idzie siekanie Turków.
Zaplanowałem, że dojadę do Dunaju, przejadę na drugi brzeg po udostępnionym moście - integralnej części elektrowni wodnej, potem wskoczę na ścieżkę rowerową i prosto, jak w mordę strzelił polecę do mostu, którym powrócę na wcześniejszy brzeg i rozpocznę podjazd.

Pogoda postanowiła, że przypomni mi, jak to było jeździć w deszczu. Siąpił deszcz od samego początku, gdzieś w połowie trasy nawet bardziej, a kiedy zacząłem podjazd - śnieg dał mi szansę spróbować się w jeszcze gorszych warunkach.
Przyznam się, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłem w siodle. Wstyd, wiem... Dziką czułem więc radość, kiedy na nie wróciłem. Mimo popitalania ścieżką dla matek karmiących, czułem sporo frajdy. Ja się na rowerze po prostu odnajduję. Gadałem sam do siebie po niemiecku, żeby poza przyjemnością śmigania, wdrażać się w język, którym kiedyś posługiwałem się sprawnie. Opowiadałem sobie różne historię, a nawet przećwiczyłem dialog, w którym odrobinkę śmieję się z kolegi, z forum Grudziądzkiej Strony Rowerowej, który zaplanował sobie przejechać 250km trasy nudnej, jak flaki z olejem, do tego składającej się z dwóch identycznych pętli... I szuka kompanów ;)

W Dżentelmeńskich Okolicach Wrażliwych robiło się nieprzyjemnie mokro, zacząłem więc ponownie rozważać kupienie przełajówki uzbrojonej w błotniki... Potem było już naprawdę mokro i coraz zimniej. A potem, przejeżdżając chodnikiem przez jeden z mostów przy zespole rzecznych tam, jakaś *** w BMW zalała mnie kałużą. Pokazałem jej palec i marzłem dalej... I mocniej.

Czytaj więcej: Jak Jan III Sobieski wynalazł KH -> Koń Hill

Zaloguj się aby skomentować
Dodaj komentarz na Forum ( już dodano 5 ).

Dzień sto dwudziesty czwarty

Sukosan, 27 wrzesień 2013.

Dzień sto dwudziesty czwarty.

            Pora wszystko sobie poukładać...

            Życie ma swój bieg, jak rzeka i choć czasem udaje się nam ten bieg uregulować, to wiele razy bywa tak, że świetnie zapowiadająca się konstrukcja poddaje się nurtowi i zupełnie nie działa. Wszyscy moczymy się w tej rzece na całego. Mijamy się, znajdujemy w niej coś, rzadko jednak możemy sobie powiedzieć, że coś spotka nas na pewno.
Trzy tygodnie temu płynąłem sobie zupełnie nie walcząc z prądem, aż znalazłem się w sklepie rowerowym. Spotkałem w nim znajomego, którego poznałem w zeszłym roku na wycieczce rowerowej w Velebicie, którą Wam zresztą z przyjemnością opisałem. Część z Was być może dała się namówić na kliknięcie linku do blogu ze zdjęciami Aleksandra ? to właśnie tego fotografa spotkałem.

            Aleksandar powiedział mi o maratonie, który miał odbyć się 21 września: Velebit MTB Marathon 2013. Na swoim smartfonie odszukał info i chwilę później wiedziałem, że nie będzie lekko: dystans ultra, ten najbardziej prestiżowy, liczył 85 km trasy, która uzbierała łączną sumę podjazdów na wysokość 2500 metrów. Zostałem zarażony...

Czytaj więcej: Dzień sto dwudziesty czwarty

Zaloguj się aby skomentować
Dodaj komentarz na Forum ( już dodano 2 ).

Na piwo do Velikiego Rujna.

             Ale burza! Wspaniała potężna burza!

Sprawdzając wczoraj pogodę widziałem dokładnie to samo, co zobaczyłem dziś rano, kiedy sprawdzałem po raz kolejny. Ogarnąłem rower po wczorajszym łomotaniu go po kamlotach Velikiego Rujna, przygotowałem do burzowego płukania samochód i przygotowałem jacht. Użyłem osłon, dzięki którym mogę teraz siedzieć na zewnątrz i cieszyć się świeżym powietrzem i kanonadą szalejącej natury. Orkiestra pierwsza klasa!
            Wczorajszy wyjazd w Velebit był spowodowany między innymi tą burzą. Prognoza dla Paklenicy była dokładnie taka, jak jest w rzeczywistości. Pojechałem więc mimo braku kierowcy, który mógłby sprowadzić mój samochód na dół. Zmieniłem plan i kierowca przestał być mi potrzebny. Zostawiłem Carmen z Ibizy na ostatnim asfaltowym parkingu i dalej ruszyłem rowerem. Podjazd był lekki, co mnie rozbroiło, bo pamiętałem, jak czułem się na tym jego fragmencie po przejechaniu wcześniej wszystkiego tego, co teraz zrobił za mnie silnik. Na polanie znalazłem się po niecałych trzydziestu minutach jazdy. 
            Przyznam się, że nie pałałem nie wiadomo jak silną chęcią eksploracji Velikiego Rujna, zdecydowanie bardziej chciałem Strażbenicy. Musiałem jakoś nadać temu wypadowi sens, jakąś myśl przewodnią i znalazłem taką... 

Czytaj więcej: Na piwo do Velikiego Rujna.

Zaloguj się aby skomentować
Dodaj komentarz na Forum ( już dodano 0 ).

Ile to się czasem trzeba namęczyć, żeby wyskoczyć na rower!

Ile to się czasem trzeba namęczyć, 
żeby wyskoczyć na rower!
 
            Wymyśliłem sobie, że moją podróż zacznę dzień wcześniej w Boriku. 
Lubię jeździć samochodem wieczorem. Lubię ten nastrój, kiedy w radiu gra dobra muzyka, a cały świat na zewnątrz jest w innych barwach. Lubię odbicia świateł nocnego życia na lakierze samochodów i lubię siedzieć wtedy w moim i jechać... 
W Bilard Klubie spotkałem znajomych i zapadając się w wygodnym fotelu wypełniałem swoją misję łyk po łyku. Moje intro do świata szarych skał i piękna, jakie się za nimi kryje ? kufel pysznego Velebitsko.
            Kiedy wkracza się w dorosłe życie nie jest już tak łatwo żyć marzeniami. Pamiętam, jak śmiałem się z kolegą na studiach, że jeśli oszczędzę trochę na piwie to pieniądze te wpakuję w jakiś grat rowerowy, o którym akurat myślałem. I jakoś mniej, więcej ale w tym stylu dało się to robić. Dziś takie numery ciężko przeforsować. Zwyczajnie za dużo obowiązków i ?wyższych celów? mi się w życiu namnożyło. Kiedyś było dla mnie nie do pomyślenia, żeby nie znaleźć czasu na rower...
Właśnie ta brutalna zmiana stała się dla mnie inspiracją, a do czego, przeczytacie za chwilę.
 
            Kilka dni temu z pokładu zeszli moi goście oznajmiając mi, że zobaczymy się za dziesięć dni. Tyle czasu jeszcze nigdy mi nie dali w tym sezonie. Po gonitwach z czasem, kiedy miałem dni tylko trzy, cztery, czasem pięć, ta liczba dziesięć aż świeciła.
Wiedziałem więc, że mam czas, pomysł, co z nim zrobić był gotowy już od kilku miesięcy.
Postanowiłem przywitać się z Velebitem w najlepszym możliwym stylu. Strażbenica!
Sobota była idealnym terminem na ten wyjazd, ale niestety tylko dla mnie. Reszta chłopaków zaplanowała sobie uroczą niedzielę z łomotaniem trasy zjazdowej na górze Celovac. Dlaczego nie chcieli jednego i drugiego? Potrafię ich zrozumieć, niech im będzie. 
Kiedy więc wracałem z Bilard Klubu w piątkowy wieczór, wiedziałem, że będę jechał sam. Czy mi się to podobało, czy nie...

Czytaj więcej: Ile to się czasem trzeba namęczyć, żeby wyskoczyć na rower!

Zaloguj się aby skomentować
Dodaj komentarz na Forum ( już dodano 2 ).

Malta... I moja przygoda tam...

Malta... I moja przygoda tam...

            Proponuję otworzyć Google Maps, znaleźć Maltę i odrobinę przybliżyć sobie jej część od Valletty na północy, Marsaskala na wschodnie po Zurrieq na południu. Więcej nie trzeba, bo zachodnia część wyspy jest dla mnie wciąż tajemnicą.

Z Vallety wyjechałem wspinając się w kierunku fortu St. Rocco. Tam też zaczęła się zabawa. Malta jest stosunkowo płaską wyspą, dlatego moje gorsze ja od razu założyło, że szału tutaj nie będzie. O, jak było w błędzie! Trasa, którą znalazłem wiedzie blisko krawędzi klifów prężących się do fal, do samego Marsaskala. Może nie ma zjazdów, ale teren zdecydowanie pod fula i widoki, które robią wrażenie. Pomyślałem parząc w zatoczkę: gdyby tu tylko było głębiej...!

            W Marsaskala byłem już wcześniej. Tylko trochę chcący, zdecydowanie bardziej zabrany tam przez drogę, którą jechałem kilka dni temu na spacer. Jej lewą stroną, to cholernie ważne i cholernie nienaturalne.

W świetle południowego słońca miasto prezentowało się wspaniale. Zbudowano je jak naparstek wokół zatoki, od której wzięło nazwę. Gwar na ulicach, kolorowo, klimat.

Czytaj więcej: Malta... I moja przygoda tam...

Zaloguj się aby skomentować
Dodaj komentarz na Forum ( już dodano 4 ).

Bicikljada

Bicikljada

            Czy Wy także macie tak, że czasem wspomnienie czegoś ucieka, za to goni wrażenie, że powinniście je opisać, zanim nie wyblaknie to wszystko, co jeszcze wciąż świeci pełnymi barwami w głowie? Ja się właśnie dokładnie tak teraz czuję.

Nie chciałbym, żeby wspomnienie rajdu rowerowego w najwspanialszym dla mnie paśmie górskim oddaliło się niepostrzeżenie. Żeby lepiej mi szło - jest herbata, cicha muzyka w tle, można pisać.

23 września dwóch zapalonych rowerzystów i członków ochotniczego pogotowia górskiego w Velebicie - Zeljiko i Ivica, zorganizowało najlepszy rajd rowerowy, w jakim brałem udział.

Moja obecność na nim była pod ogromnym znakiem zapytania, ponieważ na trzy dni przed rajdem, razem z moimi kumplami Martinem i Drago, pojechaliśmy złomotać szlak ze Strazbenicy i niestety tym razem kosztowało mnie to więcej niż spinki do łańcucha. Urwałem łańcuch w trzech miejscach, ale także przerzutkę i hak ramy, który jest jednocześnie elementem systemu ABP w zawieszeniu Treka. Chłopaki ze sklepu rowerowego Rog-Joma wpakowali nowy hak w autobus, który przywiózł go z Zagrzebia do sklepu córki w Zadarze, potem z trzech rozwalonych przerzutek zrobiliśmy jedną sprawną i tym sposobem, na jedną noc przed wyjazdem, mój rower był gotowy. Jak takie coś ściska poślady, wie każdy, kto choć raz przygotowywał się na ostatnią chwilę.

Pobudka o romantycznej porze - 4:55. Ciemno, chłodno, czuć przygodę w powietrzu...

Czytaj więcej: Bicikljada

Zaloguj się aby skomentować
Dodaj komentarz na Forum ( już dodano 0 ).

Góra pokonana bez kodów

GÓRA POKONANA BEZ KODÓW
 

             Zazwyczaj wystarczy mi chwila, żeby temat obudzony w mojej głowie przejął kontrolę nade mną. Wtedy, wyrwany do rzeczywistości zastanawiam się, na przykład: "gdzie wcięło mojego psa"? Albo: "O w mordę! Przegapiłem zjazd"!
 
Najłatwiej wpaść mi w taki tunel myślowy w niepogodę. I tak właśnie było nieskończenie wiele razy, ponieważ uwielbiam uczucie, które rodzi się we mnie, gdy wokół wieje, leje jak z cebra, jest zimno, a ja zamknięty szczelnie w mojej kurtce idę z błogim uczuciem specyficznego bezpieczeństwa, izolacji od tej nieprzyjemnej aury jaką mi ta kurtka zapewnia. Ręce w kieszeni, stopy w butach, głowa w czapce i kołnierzu, ale z każdym kolejnym krokiem, coraz wyżej w chmurach...
 
O czym myślałem tyle razy idąc, jeszcze jako student w Bydgoszczy, na pętlę autobusową w "męską pogodę"? Kto mnie zna odrobinę, ten wie już teraz.
 
 
Musiałem poczekać na spełnienie mojej wizji, urodzonej

Czytaj więcej: Góra pokonana bez kodów

Zaloguj się aby skomentować
Dodaj komentarz na Forum ( już dodano 0 ).

98.7 PEŁNYCH WIARY KILOMETRÓW

98.7 PEŁNYCH WIARY KILOMETRÓW
 
Oj wierzcie mi... Watykan ma w sobie tyle nieopisanej energii...
Rok temu także tu byłem, w marinie Porto Di Roma, jednakże zbyt krótko, by choćby na chwilę poważniej pomyśleć o pojechaniu do prawdziwego Rzymu. Śmieszne, bo właśnie sobie przypomniałem, że byłem tu także dwa tygodnie temu, ale w identycznych okolicznościach. Choć nie, kiedy tu byłem ostatni raz, to zdążyłem się tak-sobie-wyspać i wychodziłem dalej, do Monte Carlo.
Tym razem miałem szansę! Po dwudziestu kilku dniach bez roweru i bezmyślnemu szkodzeniu sobie na zdrowiu w międzyczasie, po wczorajszym dniu, w którym wypiłem morze piwa, i który to zwieńczyłem dwiema szklankami dżinu z tonikiem i filmem "Wiatr", bez gruntownego przygotowania, bo jedynym przygotowaniem był telefon do siostry mającej już Watykan na mapce odwiedzonych miejsc, postanowiłem posłuchać pragnienia i ruszyć dziś do centrum Rzymu!
Z wcześniejszych rozmów wynikało, że do centrum jest 25km. W biurze mariny dowiedziałem się, że 25km jest do południowych osiedli Rzymu, do centrum  jest czterdzieści. Uprzejma pani za biurkiem zaczęła sprawdzać połączenia kolejowe, autobusowe... A ja nagle przerwałem jej, powiedziałem, że podjąłem decyzję, wróciłem na jacht, spakowałem się, zalałem bukłak po korek, wrzuciłem też do niego kostki lodu, żeby woda była cały czas zimna, wpiąłem się w rower i ruszyłem przed siebie! Miałem jasną intencję tej podróży i miałem nadzieję, że dostanę tego dnia w... "cztery litery". Dostałem, choć z początku zapowiadało się nie tak znowu ciężko...
Jadąc jeszcze ulicami tego zatyłkowa, w którym jest marina, zapytałem starszego kolarza o drogę, by niepotrzebnie nie błądzić. Potwierdził moje przypuszczenia i pojechał w swoją stronę. I nagle mnie dogonił. Wrócił, wyobraźcie sobie, żeby odwieźć mnie do Rzymu! Po drodze zaprosił mnie na szybkie espresso, podczas tego postoju na migi, łamanym włoskim i angielskim pogadaliśmy sobie trochę. Facet był w Polsce! Niedaleko Warszawy, pracował tam. Uczynny starszy kolarz odwiózł mnie pod sam wjazd do miasta i tam zawrócił.
Miałem do ramy przyklejonego taśmą izolacyjną GPSa. Z jego pomocą trafiłem do centrum Rzymu. Zobaczyłem koloseum i inne, z całą pewnością, znane zainteresowanym budynki i ruiny, które mnie - człowiekowi bez odpowiedniego przygotowania do bycia w takim miejscu, mogły tylko zachwycać zewnętrznością.
A propos koloseum - wszędzie w świecie pokazuje się je w taki sposób, że kiedy widzi się je własnymi oczami - wydaje się odrobinę rozczarowujące.
Nie tracąc czasu pojechałem do Watykanu - do celu mojej podróży. I tam, na Placu Świętego Piotra, poczułem ogromną wagę tego miejsca. Wydawało mi się, że wszystko zbudowane jest nie z kamienia a z szacunku, wiary, miłości, trwogi i szczerych intencji konkretnych osób. Dołożyłem więc swoją modlitwę, by o jakiś malutki promil wzbogacić te mury.
Niestety nie wszedłem do Bazyliki. Carabinieri nie pozwolili mi zostawić roweru pod ich opieką, a długa kolejka do wejścia napawała mnie niepewnością co do zostawienia niczym niezabezpieczonego roweru w jakimś nieznanym mi miejscu poza Placem Świętego Piotra. Może to zabrzmi głupio, ale nie czuję straty.
Lody! Są drogie, ale na wszystko, co ma sens - jakie one są pyszne! Takie sobie wydało mi się tylko to, że trzy gałki przepysznych lodów kosztowały mnie trzy europejskie pieniądze, a siedzenie o suchym pysku przy stoliku, kosztuje siedem. Usiadłem sobie na krawężniku, metr od lodziarni i miałem ich gdzieś.
Pora była wracać. GPS to wspaniałe urządzenie i chyba rozważę kupno takiego czegoś! Trafiłem na drogę do domu i jechałem spokojnie, czując coraz twardziej siodło pod odzwyczajonym od niego tyłkiem. Spokojna jazda skończyła się, kiedy zobaczyłem przed sobą gościa z ogolonymi nogami na wyścigowej żyletce... Dopadłem go, siadłem na ogonie, dałem zmianę na podjeździe... I musiałem na niego zaczekać. Załamka, to powinno być zakazane - kupowanie rakiet na księżyc przez ludzi, którzy dopiero nauczyli się składać samolociki z papieru... W pewnym momencie znów w ruch poszły gesty, mój łamany włoski i... I tyle. Gość dogłębnie pojął nieznajomość innego języka. Jednak swoje zrozumieliśmy - jechaliśmy w las, na ścieżki dla rowerów górskich! O mamo!
Po drodze dołączyło trzech pozostałych o lśniących łydkach i zapewne także portfelach, bo siedzieli na "rakietach na księżyc". Długo trwało, zanim zbudowali nade mną przewagę na tyle dużą, że traciłem ich z pola widzenia za zakrętami. Potem zacząłem dochodzić jednego z nich, ale na mocno zalesionym skrzyżowaniu ścieżek, zniknął mi... Od tej pory jechałem sam, z plecami sklejonymi z brzuchem i uczuciem "szczęścia w bólu". Nic już nie miałem, żadnych kart, mogłem tylko dojechać do drogi i potem na jacht. Ku mojemu zdziwieniu, po  wyjechaniu z lasu zobaczyłem zadupie, z którego wyruszyłem. W terenie, z licznika nie schodziło 26km/h, często było ponad trzy dyszki, jestem mile zaskoczony, że moje nogi wciąż tyle potrafią z siebie wykrzesać, mimo kompletnie porzuconego planu treningowego. Nie widziałem nigdzie moich tymczasowych przeciwników, olałem ich więc tak samo, jak oni prawdopodobnie mnie olali i wróciłem tam, gdzie piwo, prysznic i miejsce do przelania wspomnień na wirtualny papier.
 
Jacek R. /Timon

Czytaj więcej: 98.7 PEŁNYCH WIARY KILOMETRÓW

Zaloguj się aby skomentować
Dodaj komentarz na Forum ( już dodano 0 ).