Bratysława. Bo nasi słowaccy sąsiedzi mają lepsze piwo

BRATYSŁAWA. BO NASI SŁOWACCY SĄSIEDZI MAJĄ LEPSZE PIWO.

            O wyjeździe do stolicy Słowacji myślałem od pierwszej chwili, kiedy spojrzałem na mapę. Jak sporo inspiracji, ta również zaczęła się niewinnie ? chcąc zobaczyć, jakie potencjalne cele mam w zasięgu, wszedłem na Google Maps. Bratysława była idealnym pomysłem na weekend, nie dość, że w realnym dystansie, to jeszcze miała to ?coś?. To w końcu nie jest jakieś tam miasto, ale stolica sąsiedniego kraju. Ciąg dalszy pomysłu skonstruowałem czerpiąc inspirację z wypadu ?Na pizzę do Chełmna?, opisanego na Grudziądzkiej Stronie Rowerowej. Bo pomysł zacny!

Pomysł na ten wyjazd zakotwiczył na stałe, ale nie określił terminu, więc tak sobie był i był, a ja w międzyczasie zdążyłem się zorientować, że tuż pod nosem mam niezwykłą trasę rowerową: Euro Velo 6. Trasa ta jest naprawdę niezwykła gdyż jej początek stanowi atlantyckie wybrzeże Saint Nazaire, pokonuje aż 10 krajów, by po 3.653 kilometrach zakończyć swój bieg w Rumuńskiej Konstancie, nad Morzem Czarnym. Mając tuż pod nosem taki łakomy kawałek tortu, nie było mowy, bym się na niego nie skusił. Był jeszcze jeden element idealnie wpisujący się w zarys wycieczki ? mój nowy rower!

W piątek przygotowałem baja i w sobotę, ósmego marca, byłem gotowy do drogi.
Nie śpieszyłem się z wyjazdem. Wstałem bez budzika, zjadłem śniadanie, dawałem słońcu czas, żeby ogrzało trochę dzień. Chciałem jechać lekko, ale wiedziałem, że będę jechał długo, stąd odrobina niejasności w kompletowaniu ciuchów. Ostatecznie zdecydowałem się na lżejszy zestaw, znacznie wygodniejszy, ale po pierwszych minutach w siodle rozważałem przerwanie misji. Trochę to było wkurzające, gdybym zdecydował się na powrót nie byłoby sensu kontynuować. Z drugiej strony? Jak się jedzie na sześć godzin, to lepiej nie zmarznąć, prawda...?
Dałem sobie jeszcze trochę czasu, aż wkręciłem się na obroty, Słońce hojniej obdarowało Matkę Ziemię ciepłem i zapomniałem o wszystkim. Jak ten rower szedł! Droga wiła się wzdłuż brzegu Dunaju to na wale, to obok, wpadała i przecinała zielone łąki, szarą ziemię pól, to znów wpadała między drzewa, zmieniała swój charakter od idealnie gładkiej, przez gruboziarnistą, po szuter, a mój Śmigły gnał, jakby niczym nie powstrzymywany. Ułożyłem dłonie w dolnym chwycie, uniosłem głowę do góry i uśmiechałem się sam do siebie. Cisza, spokój, wreszcie wygodnie ustawiona pozycja i szum opon tak inny od wycia agresywnego bieżnika, jakim raczy mnie pokonujący takie drogi Trek. Cyclo Cross to inna jazda! Z szosowymi oponami tnie drogi, jak przecinak, a kiedy te się kończą, nie trzeba się zatrzymywać. Ten rower jest cichy, szybki, wygodny, i dzięki hamulcom tarczowym ? pewny. Chciałem taki mieć od dłuższego czasu i teraz, kiedy go mam, on z każdą jazdą daje mi do zrozumienia, jak się cieszy, że jest mój.
            Mój odcinek Euro Velo 6 nie jest spektakularny, ale jest wygodny i świetnie oznakowany. To idealna droga na jazdę z towarzyszem. Nic tylko równo kręcić korbami i gadać o wszystkim, i o niczym. Plusem jest też to, że ten odcinek przebiega w osi wschód-zachód, przez co słońce grzeje kolarzy cały czas. Kilometry przyjemnie lecą, całą tą wstęgę asfaltu przerwało na trochę miasto Hainburg. Całkiem ładne, swoją drogą. Przede Hainburgiem pokonałem most, który przeprawił mnie na drugi brzeg Dunaju, na którym zostałem już do samej Bratysławy.
Przejście graniczne bardzo symboliczne, ale ruch jakby się zagęścił. Coraz częściej zacząłem mijać się z grupkami kolarzy, co niektórzy wyglądali bardzo PRO. Wygląda na to, że odcinek z Bratysławy do Hainburga jest bardzo popularną trasą sobotnich treningów. Zawsze cieszy mnie widok ludzi, którzy coś ze sobą robią.
            Bratysława wyłoniła się zza wzgórz i zaprezentowała swój betonowy zarys. Krajobraz dość charakterystyczny: pole, rzeka, mur wieżowców. Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadzało z niezbyt pochlebnymi opiniami, jakie o tym mieście słyszałem.
Wszystko się zmieniło, kiedy już tam dotarłem. Przede wszystkim sporo aktywnych ludzi. Rolki, bieganie, rowery i to zwłaszcza szosowe. I każdy ubrany PRO. Podjechałem do grupki kolarzy i jak to Polak ze Słowakiem pogadaliśmy o tym, gdzie bym tu mógł zjeść obiad. Życzyliśmy sobie udanego dnia i ruszyłem na drugą stronę rzeki, do centrum, gdzie obfitość knajp obiecywała znalezienie swojego kąta. Mile się zaskoczyłem, kiedy się tam znalazłem. Przede wszystkim schludny skwer, za nic starówka, ale takie reprezentacyjne miejsce do przejścia w przysłowiowe piętnaście minut. Mi to wystarcza ? zwiedzać i tak za bardzo nie lubię. Pomyślałem, że to idealnie ? nie mam czasu szlajać się po uliczkach i chłonąć miasto, więc skoro najładniejszą jego część mogę zaliczyć tak szybko, mogę powiedzieć, że w Bratysławie byłem i co warto - widziałem.
Wybrałem sobie miejsce na obiad, a w wyborze pomogło mi pewno spostrzeżenie. Jedna z restauracji przygotowała dla swoich gości koce, które, choć nie było zimno, przydały mi się, jak nigdy. Mogłem siedzieć na zewnątrz, obok swojego roweru, pić pyszne słowackie piwo i nie marznąć w samych tylko kolarskich ciuszkach. Bomba! I żarcie też dobre!
            To właśnie tam chwyciłem myśl całego mojego wyjazdu: Austria i Słowacja graniczą ze sobą, swoje stolice mają okno w okno, a są to tak różne kraje! Choćby taki język ? zupełnie inny. Uroda ludzi, jakaś taka jednolitość, którą widać od razu.

Pora była wracać. Mówi się, że wraca się szybciej i coś w tym jest. W połowie dystansu zaczęła mi już przeszkadzać niezbyt równa nawierzchnia, ale to głównie za sprawą zmęczenia. Ostatnie dwadzieścia kilometrów było już na dość dużym zmęczeniu, ale też szybciej je pokonałem bo to tu siadłem komuś na koło, ta tam... Jedną ciekawą rzecz zaobserwowałem ? kolarze górscy są bardziej wyluzowani. Nie potrafię tego wytłumaczyć, to się po prostu czuje, kiedy któryś już pod rząd szosowiec nie odpowiada na pozdrowienie, albo po cichu zostaje w tyle, zamiast powiedzieć, że jak mamy jechać razem, to muszę zwolnić. Nie, żeby to był dla mnie jakiś wielki problem, ale coś w tym dziwnego jest.

            Wjechałem na tamę strzeliłem ostatnie zdjęcia z tego wypadu. Uwielbiam Matkę Naturę układającą do snu industrialne krajobrazy...
Wycieczka na prawie sześć godzin zamknięta w 145 kilometrach ? ładnie, pierwsza ?stówa plus? w tym roku. Następnym razem przydałoby się towarzystwo, ale też wątpię, żebym w najbliższym czasie chciał tą trasę powtórzyć. Jest trochę za nudna, choć w tym też tkwi jej atut, gdy planuje się zimowe treningi w tlenie ? dla tych ambitniejszych. Wiedeń ? Bratysława ? Wiedeń ? zaliczone!

Zaloguj się aby skomentować
Dodaj komentarz na Forum ( już dodano 5 ).