Wyprawa rowerowa Alpe Adria, czyli jak z Mc'Donalda zlądowaliśmy w Austrii ((o;

Wyprawa rowerowa Alpe Adria,

czyli jak z Mc'Donalda zlądowaliśmy w Austrii ((o;

 

            Wszystko zaczęło się od małej, listopadowej wycieczki do Mc-D w Działowie, czyli niedzielnego pretekstu do wspólnego pokręcenia korbą i spotkania w gronie znajomych. Ciepło wspominam tamten czas, gdzie mogliśmy na rowerach korzystać z przybytku, w teorii dostępnego wyłącznie dla autostradowiczów Smile

Pamiętam, że była nas dziewiątka, bo zajęliśmy stolik dla ośmiu osób z jedną dostawką. Część z nas zamówiła typowe donaldowe przekąski, a inni herbatkę i ciacho. Każdy, zadowalał się na swój ulubiony sposób. Na dworze był typowy, listopadowy ziąb, choć świeciło słońce, a przy stoliku ciepła, miła i serdeczna atmosfera w gronie sympatycznych rowerowych znajomych. Takie wyjazdy bardzo sobie cenię 

Nie umiem już wykrzesać z pamięci momentu, w którym padło słowo ALPY. Rozpłynąłem się jak zwykle w tej przyjemnej chwili, która trwała. Do porządku przywołało mnie pytanie, czy jadę... ale dokąd? W Alpy. Pewnie! Wtedy właśnie dowiedziałem się, że to nasz kolega Piowini planował od dłuższego czasu rodzinną wyprawę, którą zaproponował się z nami podzielić Smile

Padły szybkie deklaracje, błyskawiczne decyzje i alpejska grupa stanęła w komplecie na start  Teraz mieliśmy o czym myśleć przez następne miesiące, aż do najbliższego lata Smile

Dzięki Piotrze! 

...

CDN, czyli o wyprawie opowiemy w komentarzach na Forum...

 

 


Dodaj komentarz na Forum ( już dodano 11 ).
Opublikowano: 2019/03/04 22:12 przez Matołek #31780
Matołek Avatar
Dzień piąty - alpejski lajcik

Tym razem obudziło nas potworne zimno :ohmy: Pamiętam, że ubrałem w nocy wszystkie najcieplejsze ciuchy, jakie ze sobą na wycieczkę zabrałem i zamknąłem się szczelnie w śpiworze, zostawiając tylko małą dziurkę na oddychanie. Kiedy rano wypełzłem z namiotu, rozglądałem się, czy nie widać na namiocie szronu choć podświadomie wiedziałem, że aż tak źle być nie mogło ;)

Rozpoczęło się poranne parzenie herbatek, ale ciepła wciąż było mało i mało. Byliśmy jak jaszczurki w oczekiwaniu na poranne nagrzewanie, by wybudzić się z nocnej hibernacji. Słońce jednak jak na złość, poruszało się wzdłuż górskich szczytów i im słońce wyżej, tym góra w tym właśnie miejscu wyższa. Potem jeszcze jakieś uparte chmurzyska nie wiadomo skąd za słońcem podążały, chociaż wszędzie dookoła czyste niebo. Chyba nigdy w swoim życiu się tyle na słońce nie naczekałem ;)

W końcu jednak góra z chmurą się skończyły i słonko złociutkie zaczęło robić nam dobrze, jak się należy :woohoo:

Kolejny dzień zapowiadał się całkiem nieźle - słonecznie i ciepło :) Ruszyliśmy, jednak część z nas naprzód, a reszta wstecz w poszukiwaniu zagubionego poprzedniego dnia telefonu.

Wiedząc, że dystans na ten dzień prezentuje się niezwykle skromnie, nie szcędziliśmy sobie przydrożnego leniuchowania wśród wspaniałych alpejskich widoczków. Chwilo, trwaj mi wiecznie! :silly:

Po dojechaniu na docelowy kemping okazało się, że posiada on sporo wygód, w tym otwarty basen. Czułem się strasznie rowerowo niezaspokojony, ale od razu wiedziałem, że sam będę musiał ten głód ugasić. Godzina była jeszcze całkiem ładna, więc długo się nie zastanawiając, dosiadłem rumaka i hajda! Alpy moje kochane jadę do Was!

A com widział i co słyszał, film ten wszystko Wam opowie ;) :P

Serdeczne dzięki za wspólnie spędzony kolejny, piękny dzień! :serce:


Opublikowano: 2019/03/02 20:19 przez piowini #31764
piowini Avatar
Ano wyglądało to tak:


Opublikowano: 2019/03/01 17:50 przez Matołek #31758
Matołek Avatar
Dzień czwarty - w drodze do Szpitala ;)

Sukces urlopu w górach zależy wielce od pogody, a one rządzą się własnymi prawami. Na szczęście jednak nasze, kolejny dzień postanowił naprawić to, co poprzedni nam zepsuł.

Kiedy wypełzliśmy z naszej chaty wuja Toma, zobaczyliśmy góry w białych kołderkach, przez które nieśmiało przedzierało się poranne słoneczko. Rozpoczęliśmy dzień od tradycyjnej herbatki i rozwieszenia dobytku na wszystkich płotach, krokwiach, żerdziach, poręczach i na czym tylko dało się cokolwiek przyczepić. Rozwiesiliśmy też linki. Szkoda, że nie mam tego na fotkach, bo wyglądaliśmy jak na jakimś dzikim obozowisku w Bangladeszu ;)

Pogoda ładniała z minuty na minutę, a nam z głowy nie wychodził odpuszczony poprzedniego dnia kilkukilometrowy zjazd ze stacji kolejki. Spakowaliśmy się więc, a kiedy wszystko już wyschło na wiór, poprosiliśmy naszego kierowcę o podwózkę. Zresetowaliśmy się do miejsca, które wyciął nam poprzedni dzień :) Ostatnia regulacja hamulców i hajda w dół :woohoo: Coś pięknego! Grawitacja, to jednak czasem wspaniały kompan :evil:

Pozostała część dnia, to już czysta sielanka, bajkowe widoki, relaksacyjne herbatkowe postoje, mostki, rzeczki, zjazdy, a na końcu pizza i zasłużone piwko - naturalnie w Szpitalu :)

Reszta opowieści w wersji obrazkowej do zobaczenia tutaj :)

No i pozdrowerki dla wszystkich, którym chce się to czytać :silly: :silly: